PRAWDZIWY INDYWIDUALIZM

Prawdziwy indywidualizm jest celem dążeń ludzi odpowie­dzialnych i silnych, ale jednocześnie świadomych istnienia nie­przekraczalnych granic, a więc konieczności istnienia współza­leżności. W starożytnej Grecji, matce demokracji, podobnie jak w społeczeństwach prymitywnych, najwyższym dobrem było dobro grupy. Jednostka realizowała się jedynie poprzez znalezie­nie swego miejsca wewnątrz plemienia lub miasta. Odprawiane od czasu do czasu wspólne obrzędy wzmacniały więzi społeczne, jak również wzbudzały w ludziach poczucie bezpieczeństwa po­przez potwierdzenie spoistości grupy. Każdego roku wódz Indian Guyakis wygłasza publicznie długą opowieść o legendarnej historii plemienia. Nikt tak naprawdę go nie słucha, ale każdy pragnie, by rytuał ten, pod opiekuńczymi skrzydłami przodków, potwierdził ich jedność. Na zakończenie każdego konfliktu mie­szkańcy greckich miast wysłuchiwali mów pogrzebowych. Sła­wieni zmarli służyli żywym za spoiwo.Czy trzeba szukać aż tak daleko? Zrodzona z poczucia honoru wolność zawsze we Francji związana była z patriotyzmem. Za­dziwilibyśmy ochotników roku Drugiego lub Francuzów z 1910 roku, czyniąc różnice między ich poczuciem wolności a ich kul­tem ojczyzny. Z tego związku pozostała nam Marsylianka. Czy uczą jej jeszcze w szkołach?

NIEBEZPIECZNA NOSTALGIA

Nasze społeczeństwo ze wszystkimi swoimi wadami korzy­sta — w porównaniu zarówno z przeszłością, jak i z wieloma innymi narodami — z wyjątkowego przywileju. Pomijając szcze­gólne przypadki, nasi obywatele nie znają ani głodu, ani chłodu. Choroby i śmierć są w odwrocie. Praca jest mniej ciężka, komfort większy. Coraz więcej jest czasu wolnego od pracy, a także możli­wości jego racjonalnego wykorzystania. Kultura jest osiągalna dla wszystkich. Mimo plagi bezrobocia, nasze społeczeństwo w porównaniu z wieloma innymi cieszy się większym dobroby­tem i wolnością.To, co naprawdę jest groźne — to zdeprawowanie wol­ności. Wolność zdeprawowana, gdy przestaje się ona liczyć z wol­nością sąsiada, gdy nie widzi w nim „bliźniego swego, brata swe­go”, gdy poprzez całkowite odwrócenie doprowadza do powstania społeczeństwa, w którym dominują stosunki oparte na sile — sile zbiorowej i sile indywidualnej. Wolność zdeprawowana, gdy zapomina, że winna być wolno­ścią człowieka w jego całokształcie, człowieka – awanturnika z na­tury rzeczy, ale również człowieka – członka zbiorowości ludzkiej.

ŹRÓDŁO OBOJĘTNOŚCI

Tak więc obo­jętność ma swoje źródło: zobojętnienie, brak zaufania do siebie, do innych, do przyszłości. Przecięto więzi z własnymi siłami życiowymi. „Już się nie wierzy”. W co? W nic, we wszystko. Nie wierzy się już, że należy wierzyć w cokolwiek. Albo wierzy się za bardzo. Nie ma niczego pośredniego między starym cyniz­mem i nowym fanatyzmem.„Wszystko bierze w łeb”. Pod tym grubiaństwem kryje się nostalgia. Pragnienie porządku, poszanowania, hierarchii, mo­ralności. W każdym razie tęsknota za epoką, w której jednostka była nadzorowana, kontrolowana i nie podejmowała ryzyka nie­odpowiedzialnego użycia wolności, którą dysponowała. Nie ma nic bardziej deprymującego niż tego rodzaju nostalgia. Nic też nie jest bardziej niebezpieczne.Nie poprzez upiększanie przeszłości i nie mocą wspomnień polepszymy teraźniejszość i przygotujemy przyszłość. Hołdować dekadencji to godzić się na nią. Ignorować lub negować to, co się buduje, to uczynić osiągnięcia bezużytecznymi i nasilić zło. Dzisiaj nie wszystko jest rozpaczliwe. To co naprawdę jest rozpa­czliwe — to niemożność znalezienia szczęścia, wówczas gdy wszy­stkie potrzebne elementy ma się w ręku, to marnowanie szans.

PODOBNIE JAK NA MORZU

Podobnie jest na morzu: wspólnota w radościach, przekazywanie wiado­mości w obliczu niebezpieczeństwa. W ten sposób na nowo po­jawia się spontanicznie akceptowane życie społeczne, w którym króluje zaufanie i wolność, gdzie każdy odpowiedzialny jest za siebie i uczy się na nowo prostoty gestu solidarności i życzli­wości bez konieczności wyrzeczenia się smaku ryzyka, czy też przyjemności zmierzenia swych sił w walce z żywiołem.To nie przypadek, że przemoc silniej zaatakowała miasta niż wsie. W mieście, w którym wszystko jest agresją, począwszy od anonimowości i tempa życia, człowiek „zwierzę stadne” choruje z powodu takiego modelu życia społecznego. Tylko we wzmoc­nieniu więzi społecznych może znaleźć dla siebie ratunek i po­czucie szczęścia. Szuka go natomiast w „odpoczynku”, który w swej obecnej postaci prowadzi jedynie do rozprzężenia. Wielkie święta organizowane z okazji wakacji i spotkań spor­towych nie są już tymi, które w społeczeństwach tradycyjnych, poprzez przeżyte wspólnie chwile uniesienia, odbudowywały zwartość całej społeczności. Nasze dni następujące po świętach, nasze powroty z wakacji pełne są rozczarowania.

POWRÓT DO „DOBREGO CYWILIZOWANEGO”

Wyzbycie się zahamowań w trakcie spędzania wolnego czasu jest jednak konieczne — tyle agresywności kumuluje się pod naciskiem ograniczeń związanych z życiem w społeczeństwie. Niektórzy zresztą znajdują taki sposób na wyładowanie się, który nie jest automatyczną odwrotnością życia miejskiego, lecz od­kryciem i odnalezieniem harmonijnych stosunków międzyludz­kich — przemienieniem się złego dzikusa w „dobrego cywilizo­wanego.” Ktokolwiek zetknął się z surowością wysokich gór, wie do­brze, że właśnie tam człowiek może stwiedzić, jakie jest jego prawdziwe miejsce w naturze. Miejsce istoty kruchej, będącej na łasce np. skurczu, łatwo mogącej zginąć, jeśli zostanie zmu­szona samotnie pokonywać trudności. Miejsce istoty solidarnej, przyjaznej. Nikt nikogo nie minie bez pozdrowienia lub dodania otuchy. Nikt nie unika odpowiedzi na pytanie, nie waha się przyjść z pomocą. Wieczorem w schronisku, tworząc rodzaj ma­łej społeczności we wspólnocie duchowej, razem odnajdują sa­tysfakcję płynącą w wysiłku i ukojenia w bezczynności.

PRZEMIANA SPOŁECZEŃSTWA

Przemiana społeczeństwa, jak każda przemiana, powiela od­wrotność tych samych wzorców. Podobnie jak miesiące pracy, miesiące wakacji znają stłoczenie, korki na drogach, wyobcowa­nie i anonimowość, upadek uczucia solidarności, a nawet agre­sywność. Czyż w pewnym filmie nie pokazywano już przemocy w „obozach kempingowych”? „Lei, tout n’est qu’ordre et beaute,Luxe, calme et volupte”. Czy ktokolwiek śmiałby wypisać ten wiersz Baudelaide’a nad wjazdem na kemping? Zaproszenia do podróży sprzedawane są w postaci ryczałtów turystycznych. Ich maksyma jest prosta, krótka, pozbawiona wszelkich niuansów. Zawiera się w „trzech S” rodem z Kalifornii: sea, sex, sun — morze, seks, słońce. Prze­miana złego ucywilizowanego w „dobrego dzikusa”, która zadzi­wiłaby i zmartwiła Rousseau. Zbyt ewidentną iluzją jest ten do­mniemany powrót do natury, gdzie człowiek ponoć winien od­naleźć swą pierwotną dobroć, a gdzie faktycznie staje się dziki — zdziczały w swym osamotnieniu, swym zobojętnieniu.

„OBOZOWE” SPĘDZANIE WOLNEGO CZASU

W izolacji zaczyna szukać się wolności. Niektórzy świadomie wybierają samotność, na swój sposób na nowo odkrywają za­konne życie pustelników. Nie zwracając uwagi na hałasy ulicy i samego życia, ci przechodnie przyszłości ze słuchawkami na uszach z gracją robią ewolucje na swych wrotkach, prześlizgując się w kakofonii ulicznych korków. Te wizerunki koszmaru są pełne alegorii. Wyrażają nierealny wymiar życia codziennego. Są niepokojące. Życie społeczne wygląda w nich frustrująco i pusto. Straciło cały swój wigor, całe bogactwo. Wszystkie sym­bole przemawiające do wyobraźni i serca wywodzą się z przy­kładów ucieczki osobistej lub, co gorsza, odwracają znaczenie walorów społecznych.To z zerwania i odrzucenia wyrasta rzeczywistość i mit spędzania wolnego czasu. Odrzucenie odpowiedzialności, obojęt­ność i egocentryzm w powszednie dni przeżywane z nieczystym sumieniem mogą nareszcie beztrosko uzewnętrznić się. Czeka się chwili, w której można będzie wreszcie zapomnieć o wszystkim bez wyrzutów sumienia i błogo poddać się fali szczęśliwych do­znań, tak opiewanych prze Saint-John Perse’a.

MUR HAŃBY

Mur obojętności to nasz mur hańby. Obojętność zawsze coś zabija. Niepokojąca i lodowata — jest ciszą, jest samotnością.W ciszy każdy głos przeszkadza. Słyszy się krzyki wzywające ratunku, lecz pozostaje się biernym.Ludzie są jakby ścięci lodem. Ruch stracił swą miękkość, gesty czułości skostniały i wyrażają jedynie wysiłek. Przyjacielski od­ruch w stosunku do drugiego człowieka przemienił się w agresję.Zwolnione obrazy filmu Jean-Luc Godarda pt. Sauve qui peut (la vie) pokazują pieszczotę, która maltretuje, miłość załamującą się w zamęcie zerwania. Obojętność nie jest neutral­na. Jest winna i wie o tym. Jej pasywność jest rozmyślna. Przez obojętne spojrzenie od czasu do czasu przelatuje błysk trwogi lub wstydu. To zderzenie się egoizmów.Obraz miasta — obraz obojętności. Spazmatyczne ożywienie zajęło miejsce miarowego kołysania zmieniających się pór — czterech pór roku, pory dnia i nocy. Człowiek nagina się do zwyczajów. Agresywność kumuluje się, tłumiona — eksploduje. Rozjuszeni osobnicy spotykają się w anonimowej gorączce sobot­niego wieczoru. Tancerze wyginają się we wszystkich kierun­kach, pod akcentowanymi ciosami perkusji, w rytmicznym ośle­pieniu migocących świateł. Błyskawice w nocy, krzyk w ciszy.

PRZECIWKO OBOJĘTNOŚCI

„Każdy człowiek jest sam i wszyscy kpią sobie ze wszystkich, a nasze cierpienia są bezludną wyspą”. Jakże to zda­nie Alberta Cohena nie ma nas prześladować?Pewnej zimnej nocy stary człowiek wzywał pomocy. Był to tylko włóczęga, który w swej wędrówce zatrzymał się na brzegu Meurthe, tam, gdzie kiedyś spędził swoją młodość. Trochę pił tego wieczoru. Upadł, złamał sobie nogę. Nie jest jeszcze póź­no, ludzie zatrzymują się. Wołał przez siedem godzin, wspierając się o tył jakiegoś samochodu. Rano przyszedł właściciel auta. Nareszcie? Nie, rzuciwszy tylko okiem na nieszczęśnika, siadł za kierownicą, odjechał. Kiedy żandarmi odwieźli 63-letniego klo­szarda do szpitala, było już za późno. Starczyło mu tylko sił na opowiedzenie tego zdarzenia. Umarł przez obojętność.Na środku ulicy młody chuligan napada na kobietę i usiłuje odebrać jej torebkę. Bije ją. Na szczęście jakiś mężczyzna inter­weniuje, bije się ze złodziejem, który zdążył wyciągnąć nóż, udaje mu się jednak zmusić go do ucieczki. Wychodzi jednak z bójki ze złamanymi oboma nadgarstkami, z upośledzonymi na resztę życia rękami. Jego odwaga spotkała się z jednomyślnym podziwem. Jednak trzy lata później okazało się, że nie dostał ani grosza odszkodowania. Wszystkie jego usiłowania nie dały żad­nego rezultatu. On sam stał się propagatorem obojętności.

WOLNOŚĆ I REGUŁY

Tak więc nie ma wolności bez reguł, a reguł bez sankcji. Wszystko to wzmaga jedynie uczucie irytacji tego, kto respektuje reguły gry wolności, wobec tego, kto ich nie respektuje. Ten, kto na skrzyżowaniu przestrzega czerwonych świateł, jest obu­rzony widząc, że jego sąsiad nic sobie z nich nie robi. Ten, kto stoi w kolejce przed kinem, irytuje się, gdy jakiemuś kombinato­rowi udaje się jej uniknąć. Te drobne wykroczenia destabilizują konstrukcję, która, czujemy to, jest jeszcze bardzo krucha, ale która jest jedyną ochroną naszej wolności. Im bardziej wolność będzie się opierać na prawie i będzie przez nie regulowana, tym silniej każde nieprzestrzeganie prawa odczuwane będzie jako zagrożenie dla naszej wolności. Im bar­dziej obniży się próg tolerancji dla bezprawia, tym silniejsze bę­dzie nasze odczucie, że żyjemy w społeczeństwie przemocy, nawet gdy nie będzie użycia siły.