Samoistne doświadczenia

Odwiedzając różne domy, zatrzymując się w nich, zdarza się, że człowiek sam tego doświadcza – oczywiście wbrew samemu sobie. Śniedź czy niewidzialny brud – cierpienia byłych mieszkańców odłożyły się na ścianach. W pomieszczeniach tych odczuwa się ciężki, przygnębiający niepokój. Stare miłosne dramaty z poprzedniego wieku są nadal dość silne, by zakłócić atmosferę pokoju sypialnego czy buduaru. Żar nienawiści rodzinnych tli się wciąż pod popiołami, które nagromadziły się z biegiem lat,  i o które dziś jeszcze można się oparzyć. Niegdysiejsze śniegi i płomienie są stracone symbolicznie tylko dla poety; dla mieszkańców domu są one ciągle żywe, tworzą klimat, budują szczęście czy nieszczęście żywych z uczuciowych resztek po zmarłych. Zakażenie z opóźnionym zapłonem, tyle że mniej groźne jak to, które szerzy się (jak to widzieliśmy w poprzednim rozdziale) w domach-z-rakiem lub w domach-z-reumatyzmem.

Cierpienie powieście na kluczu

Nie tylko zbrodniami, torturami i gwałtami nasycają się zakątki; ściany zachowują również wspomnienie cierpień fizycznych czy moralnych, jeśli są one intensywne i długo trwają. Wydaje się wtedy, że są z bibuły: wchłaniają atrament ludzkich cierpień. W ten sposób zresztą niosą częściowo ulgę pacjentom. Jest to tak prawdziwe, że w wielu wsiach – szczególnie w Normandii – chłopki wbijają gwóźdź w ścianę, na wysokości tej części ciała, która sprawia im ból: dzięki temu ból, przyciągnięty przez gwóźdź, jak piorun przez piorunochron, opuszcza je i ginie w ścianie; pozostanie tam aż do momentu, kiedy zjawisko odbicia, w tajemniczy sposób odeśle z powrotem cierpienie dzisiejszych mieszkańców na mieszkańców jutra.

Z nieznanych mi powodów istnieją również domy bez pamięci

Jest to zresztą najbardziej trafny zarzut stawiany przez niedowiarków: jak uwierzyć, że niektóre ściany zachowują w pamięci najmniejsze wydarzenia, skoro tyle innych domów pozostaje obojętnych wobec najbardziej złowrogiej atmosfery? Każdy z nas może znaleźć w swoim otoczeniu dobre (czy rzekomo dobre) przykłady obojętności zakątków. Zresztą wyjątki nie wystarczą, by obalić regułę. Dzięki licznym zarejestrowanym obserwacjom zostało dowiedzione, że w danym domu zabójstwa i dramaty zdarzają się seryjnie, w nieregularnych odstępach, jakby były powodowane jakimś tajemniczym wpływem emanującym ze ścian. Jak, na przykład, nie być zdziwionym łańcuchem tragicznych wydarzeń, które miały miejsce w pewnym domu w Orgerus? Pewien paryski przemysłowiec spędzał w nim wszystkie weekendy, ale nigdy nie pojawiał się tu w tygodniu. Ta miła i wygodna willa przypominała mu jedynie przykre wydarzenia: jego ojciec popełnił w niej samobójstwo, a matka zmarła w wyjątkowo bolesnych okolicznościach. Lista nieszczęść, jakie spadły na mieszkańców nie jest zresztą pełna: pominąłem przykrości i pomniejsze kłopoty, których dom ten wydawał się być siedliskiem. A mimo to właściciel nie mógł zdecydować się na sprzedaż swego rodzinnego dobra i upór swój przypłacił życiem. Wyjątkowo w tygodniu zachciało mu się udać do Orgerus. Przyjeżdżając na miejsce zaskoczył znienacka dwu podmiejskich łobuziaków, którzy pewni, że nikt im nie przeszkodzi, spokojnie okradali jego willę. Wpadłszy w panikę z powodu tego niespodziewanego najścia, młodzi złodzieje stracili zimną krew i uciekli, osłaniając się strzałami z pistoletu. Śmiertelnie ugodzony przemysłowiec upadł dokładnie w tym samym miejscu, w którym jego ojciec zabił się kilka lat wcześniej. Ściany naprawdę okazały doskonałą pamięć.

Wynalazca „ubitej ziemi”

Powróćmy do naszych mądrych Chińczyków. Chińczycy bali się pamięci ścian i posiadali stare, tradycyjne metody, by się przed nią uchronić. Na przykład, jeśli w danym domu została popełniona krwawa zbrodnia, przed wpuszczeniem do niego nowych mieszkańców, policja najpierw wypędzała złe wspomnienie przy pomocy kija. Gorliwi i rozkiełznani urzędnicy bili pałkami ściany, belki, sufit, a nawet podłogę w przypadku, gdy chodziło o wiejską chatę (stąd powiedzenie: „ubita ziemia”), aż ściany zapominały całkowicie nawet powód, dla którego kara została im wymierzona. Zły duch był wypędzony w tym samym momencie, co wspomnienie o danym wydarzeniu, i ludzie na nowo mogli budować swoje szczęście w tym domu. może dlatego, że ich dom – kiedyś czy niedawno – po pierwszym morderstwie zasmakował we krwi i wypielęgnował cierpliwie zalążek nowej zbrodni. Ściany mają taką samą zmysłową pamięć jak lwy: jak raz spróbowały człowieka, stają się na zawsze niebezpieczne. Lepiej wówczas je zabić, niż próbować je oswoić. Mówiąc o tragicznych domach, które przeżyły szok wyjątkowych gwałtów, najlepszym rozwiązaniem jest zburzyć je zupełnie i rozsypać sól w miejscu, w którym stały. Podobno los taki spotkał słynną farmę Cestas, gdzie pewien szaleniec, oblężony przez żandarmów, zyskał powszechną sławę zabijając najpierw swoich dwoje dzieci, a następnie siebie samego. Faktem jest jednak, że decyzja zburzenia domu zbrodni została podjęta nie w trosce o jego zdrowotność, ani by uniknąć nowej tragedii z powodu wpływu pierwszej zbrodni. Celem było zniechęcenie ciekawskich, zbyt licznie przybywających na miejsce, by kontemplować ponure mury, w których coś się wydarzyło.

Władze państwowe na ogół idąc po najmniejszej linii oporu

Sprzyjają budowie bloków-kurników, obór dla pracowników. Socjalna, a nawet socjalistyczna troska tych rządów nie posuwa się do sprawdzenia, czy mieszkania te są wybudowane w miejscach i z użyciem materiałów, w stylu i w okolicy gwarantujących mieszkańcom chociażby zwykłą możliwość przeżycia. A przecież najwyższy czas zrozumieć, że nie ma nic bardziej niebezpiecznego dla człowieka, jak dom; nic ważniejszego, nic bardziej decydującego o równowadze i przyszłości tych, którzy w nim mieszkają. Do czego służy ministerstwo zwane Ministerstwem Ochrony Środowiska, jeśli nie do tego właśnie, by przede wszystkim podejmować wszelkie pożyteczne środki ostrożności, mające na celu ochronę istot ludzkich; by mieszkańcy – czy nazwiemy ich podwładnymi administracji, podatnikami, czy obywatelami – nie ryzykowali więcej zdrowia, szansy, szczęścia a nawet życia zamieszkując pod dachem. Prawdziwy postęp społeczny polegałby na uczynieniu Foung-Choei obowiązkowym również we Francji. Tyle, że najpierw do władzy musi dojść wyobraźnia. A na to będziemy musieli jeszcze poczekać.

Obowiązkowy Foung-Choei

W czasach, kiedy Chińczycy byli narodem cywilizowanym – to znaczy przed panowaniem Mao Tse-Tunga – przywiązywali wielą wagę do zdrowia domów. W dziedzinie tej bardzo szczególnej higieny, Chińczycy byli nawet o wiele bardziej zaawansowani i wyrafinowani, niż my, na Zachodzie. Przed rozpoczęciem budowy domu, nie omieszkali nigdy poradzić się specjalisty od Foung-Choei, swego rodzaju geofizyka, na pół różdżkarza, na pół urzędnika, który sprawdzał, czy w wybranym miejscu nie emanuje z ziemi lub z podziemia żadne złowrogie promieniowanie. Pozwolenie na budowę było udzielane tylko wtedy, gdy badanie geofizyczne nie ujawniło żadnego niebezpieczeństwa. W sposób szczególnie surowy zabronione było wznoszenie domów na żyłach Smoka, to znaczy – nad podziemnym biegiem rzeki, niezależnie od jego głębokości. Prefekci Republiki Francuskiej są mniej rozsądni mniej ostrożni, niż mandaryni Niebiańskiego Cesarstwa. A szkoda! Byłoby o połowę mniej chorych dzięki czemu Kasa Ubezpieczeniowa nie byłaby na krawędzi bankructwa – gdyby u nas też żaden dom nie mógł być zbudowany bez pozytywnej opinii mistrza Foung-Choei. Wystarczyłoby utworzyć grupę urzędników-różdżkarzy, specjalnie wprawionych w wykrywaniu prądów ziemskich, i zmusić architektów do konsultowania ich przed rozpoczęciem każdej pracy, nawet tylko na planie. Dzięki temu przestano by budować (jak to ma miejsce na co dzień) śmiertelne więzienia dla niewinnych, do- my-z-chorobami, komunalne bloki powodujące rozstrój nerwowy, podmiejskie domki-ze-zmęczeniem, w ogóle wszelkie jak najbardziej nowoczesne pomieszczenia mieszkalne, wygodne, higieniczne… Z kolei, wśród mieszkań już pobudowanych specjaliści od Foung-Choei mogliby wykryć te, których złowrogie promienie źle wpływają na zdrowie mieszkańców. Miejski Wydział Higieny, który tak skutecznie potrafi ewakuować i oczyszczać niezdrowe osiedla mieszkaniowe, mógłby użyć tych inżynierów nowego typu do neutralizowania niezdrowych promieni i usuwania wszelkich złowrogich fal z niebezpiecznych pomieszczeń.

Historia wody

Plebania Saint-Jean-de-Lespinasse, to też dobry dom, życzliwy dla człowieka, i którego ciekawą specjalnością jest „narzucanie daru” różdżkarza. Ksiądz, który tam mieszka, nie potrzebuje różdżki, ani wahadła, by odkryć umiejscowienie podziemnych warstw wodonośnych. A zasługa to proboszcza Faramelle. Ten godny kapłan, przez dwadzieścia pięć lat, spędzonych w Saint-Jean w ubiegłym wieku, odkrył 10 275 źródeł pitnej wody, której umiejscowienie określał przy pomocy żelaznego końca swojego parasola, wskazując co do centymetra głębokość, na której znajdowała się warstwa wodna. Pamięć murów plebanii została trwale naznaczona tą różdżkarską zdolnością duchownego Faramel- le’a. Od tego czasu dom „narzuca” talent różdżkarza wszystkim mieszkającym w nim księżom. Po tym budującym przypadku wody, zrobię tylko dyskretną aluzję do gmachu sądu w Aurillac, który „narzuca” swojemu dozorcy, według bardzo starej tradycji, dar zaczarowanych likierów. Nie powiem, o jakie czary chodzi, ani jaki został czasami zrobiony z nich użytek.

Zakonnicy „gasiciele ognia”

Jedyne niepowodzenie miało miejsce z winy zbyt niecierpliwych chłopów. Płonął hangar z sianem; chłopi rzucili się w kierunku klasztoru, by sprowadzić „gasiciela ognia”; nie tracąc czasu na czcze wyjaśnienia, schwycili i zaciągnęli siłą na miejsce klęski, nie bacząc na sprzeciwy, pierwszego napotkanego mnicha. Widząc, że mnich, wyjątkowo oporny, rzuca się i protestuje, przywiązali go solidnie do krzesła i posadzili jak najbliżej ognia. Tak blisko nawet, że wełniany habit zaczął przypalać się, jak w piekle. Mnich wrzeszczał jak zarzynane prosię. Trzeba było kubłów wody, by zdusić jego krzyki i płomienie. W końcu, podczas gdy hangar powoli dopalał się zaczęły się wyjaśnienia. Chłopi, w zbyt dużym pośpiechu, wzięli zapałkę za „gasiciela ognia”! Mnich, którego siłą przyciągnęli do pożaru nie pochodził z Trappes; był to przejezdny gość, który żył w odosobnieniu w Notre-Dame-des-Neiges. Nie posiadał więc specjalnych mocy, które budynek ten nadawał swoim mieszkańcom.

Zbrodnia, która miała zostać popełniona przy ulicy Nicolo

Ogarnięty wyrzutami sumienia, unikając widoku zbrodni na cywilizacji, która miała zostać popełniona przy ulicy Nicolo, Nicolas opuścił Paryż, by udać się do Perpignan. Dlaczego akurat do Perpig- nan? Dworzec tego miasta nie został jeszcze wtedy wyniesiony do rangi fantazyjno-magicznej sztuki przez Salvadora Dali. Ale podobno piło się tam wtedy, w cieniu Castelet, najlepszy na świecie syrop orszady… Tak czy inaczej, to właśnie tam mój nieszczęśliwy przyjaciel miał wyznaczone fatalne, nieuniknione spotkanie: w dniu przyjazdu na miejsce padł ofiarą wypadku wprost nie do uwierzenia, jedynego w rocznikach statystycznych towarzystw ubezpieczeniowych: gdy wysiadał z pociągu na peron dworca, spadł mu na głowę mężczyzna, pomywacz szyb, ważący 72,5 kg, który poślizgnął się na obramowaniu okna, jakie właśnie mył. Szok, jakiego obaj doznali, był dla obu równie gwałtowny: ten który spadł z nieba, złamał sobie lewą stopę na drobne kosteczki; drugi złagodził upadek pierwszego i miał wgniecioną czaszkę. Pierwsza ofiara wypadku została kulawa na całe życie i otrzymała rentę na pocieszenie; druga obudziła się po utracie przytomności z całkowitym zanikiem pamięci i zmarła w kilka tygodni później nie odzyskawszy jej. Co oznacza, że mieszkaniec ulicy Nicolo zapomniał na zawsze, że był wdowcem po domu, który kochał. Po wymazaniu z pamięci przeszłości, w tym samym momencie, w którym runęły ściany domu, zanikło również wszelkie po nich wspomnienie. Dziwny zbieg okoliczności: w tej samej minucie, w której zdarzył się wypadek na dworcu w Perpignan, przy ulicy Nicolo w Paryżu, pierwsze uderzenie łopatą ugodziło dom skazany na śmierć. Tak więc Nicolas przeżył go zaledwie o kilka dni…

Nicolas i Nicolo

14 czerwca 1610 roku, w tym samym momencie, w tej samej sekundzie, w której zamordowany został w Paryżu Henryk IV, zamek w Pau odczuł z tego powodu tak silny szok, że królewska tarcza oderwała się od frontonu i spadła na ziemię, tłukąc się na kawałki. Jest to z pewnością wyraźny dowód więzi między obydwoma faktami, ale ja widziałbym w tym wydarzeniu raczej wyraz uczuciowej solidarności, która łączyła Bearneńczyka z jego rodzinnym domem. Jeśli wybrałem ten właśnie przypadek, to dlatego, że jest on historyczny i sławny. Ale wystarczy przypomnieć sobie różne mniej sławne osoby, by znaleźć ich całe setki. Weźmy przykład jednego z moich drogich przyjaciół, którego nazwę tu Nicolas, po prostu dlatego, że mieszkał przy ulicy Nicolo. Jego domek z ogródkiem pochodził z czasów, kiedy Passy leżało jeszcze w szczerym polu. Nicolas kochał swój dom, który odwzajemniał mu się tym samym. Często urządzaliśmy w nim wykwintne i rozkoszne spotkania, o których ci, którzy jeszcze żyją (o ile jeszcze tacy są) z pewnością nie zapomnieli. Jeśli przypadkiem czytają te strony, wyobrażam sobie, jak zapala im się wesoła iskierka w oku. No tak… Mój przyjaciel Nicolas był pewnego dnia zmuszony sprzedać swój dom. Mówię „zmuszony”, by wytłumaczyć jego zdradę: tak naprawdę skusiły go pieniądze, i chęć życia bez troski o jutro. Oczywiście, bardziej opłacalne było wybudowanie w miejsce ogrodu pięknego bloku mieszkalnego o wysokim standardzie, zapewniającego regularne dochody. Postęp, niestety, idzie naprzód! Tylko bomba atomowa mogłaby go zatrzymać, ale nikt – nawet szaleńcy, którzy ze strachu robią się rozsądni – nie ośmielą się nigdy nią posłużyć. Najgorsze nawet na świecie społeczeństwo (najgorsze społeczeństwo, to oczywiście społeczeństwo produkcji; każdy uważa za rzecz wielce przyjemną, jak w przypadku bogatych dzieci i próżniaków konsumować nie produkując; ale nikt nie lubi, jak w przypadku nieszczęśliwych socjalistycznych społeczeństw, produkować, nie konsumując) woli zgnić, jak ryba, niż dać się wyłowić przy pomocy granatu.