SPOŁECZEŃSTWO NIE JEST RODZAJEM UMOWY

  1. Odmówienie społeczeństwu prawa do karania jest rów­noznaczne z negowaniem społeczeństwa jako takiego. To stwier­dzenie daleko wykracza poza pojęcie umowy, do którego to pojęcia zbyt często sprowadzany jest cały problem.Społeczeństwo nie jest stowarzyszeniem. Nie jest wynikiem umowy swobodnie zawartej między ludźmi wolnymi. Przedsta­wianie przestępstwa jako zerwania umowy społecznej podlega­jącego sankcjom (sprecyzowanym w rzeczonym kontrakcie) jest rodzajem prawniczej metafory — bardzo odległej od rzeczywi­stości, gdyż całą teorię poddającej śmiesznej i zdyskredytowanej władzy prawa. A jeśli teorię nadal opierać się będzie jedynie na tej fikcyjnej podstawie, kontestatorzy będą mieli wszelkie szanse zdobycia zwolenników dla głoszonej przez siebie tezy, że społe­czeństwo jest jedynie pewnym stanem faktycznym, nie mającym jakiegokolwiek usankcjonowania wobec niezbywalnego prawa jednostek. Nikt nigdy żadnemu oskarżonemu nie przedstawił dokumentu, w którym zobowiązałby się on, że nie stanie się przestępcą. 

PRZEDSTAWIENIE SPORU

Takie przedstawienie sporu wokół prawa do karania może wydać się karykaturalne. I takim jest. A jednak jest szczere. Te dwie postawy ścierają się, obie jednakowo przesadne i nietole- rancyjne. I niezależnie jakie przybierają pozy, źle ukrywają swoją brutalność, zaś obnażenie ich przesady stanowiłoby pierw­szy krok do wyjaśnienia problemu, gdyż największym ryzykiem, jaki niesie ze sobą ta malująca wszystko w kolorach czarnym lub białym ekstrema, jest podsycanie uczucia niepewności i nie­jasności.Między skrajnościami istnieje jedynie marazm poglądów po­zbawionych logiki. Społeczeństwo nie dzieli się, a jest dzielone. Raz czuje się winne nędznemu losowi, jakie zgotowało najbar­dziej upośledzonym ze swych członków, to znów oburza się i wzywa do przykładnego karania zbrodniarzy.Między wyrzutami sumienia a smakiem krwi wymiar spra­wiedliwości szuka swej drogi, zdezorientowany i z nieczystym sumieniem. Oczywiście należy karać przestępców! Należy rów­nież ich rozumieć! Nie dostrzega się środka między tymi dwie­ma skrajnymi postawami. Ale też balansowanie między dwiema fałszywymi postawami nie doprowadzi do znalezienia tej praw­dziwej. Czy możliwe jest dopracowanie się spójnego stanowiska, od­rzucającego alternatywę zbyt uproszczoną, a dążącego do oparcia praktyki sądowej na solidnych zasadach? By pokusić się o to, należy sięgnąć do źródeł samego sporu.

ZWOLENNICY SPOJRZENIA

Zwolennicy takiego spojrzenia na kwestię prawa społeczeń­stwa do karania nie ufają naturalnie temu wszystkiemu, co w sy­stemie sądowym nie wchodzi w zakres represji. W ten sposób pojmowana idea kary potrzebuje winnych o określonych cechach: niebezpiecznych, napiętnowanych przez los, tajemniczych, na zawsze straconych dla społeczeństwa. Ponadto gardzą oni oko­licznościami łagodzącymi, lekceważą sprawy dotyczące resocjali­zacji. Tego rodzaju zawziętość w oddzielaniu za wszelką cenę do­bra od zła, uczciwych obywateli od pasożytów społecznych jest zresztą sprawą dosyć podejrzaną: skąd ta gorączkowość nasuwa­jąca przypuszczenie, że wszystko nie jest takie proste, jakby to się wydawało? Skąd ta gorączkowość? Pytanie niedyskretne, stanowiące dla oponentów ulubiony punkt wyjścia do natarcia. Gdyby społe­czeństwo było sprawiedliwe, nie musiałoby bronić się w tak drastyczny sposób. Zwolennicy represji bardziej dążą do gnębie­nia niż do karania. Ich wymiar sprawiedliwości jest organem wykonawczym, mającym na celu utrzymanie określonego ładu politycznego i społecznego. Nie reprezentuje prawa, lecz broni określonego stanu rzeczy. Prawo do karania i aparat sądowy dysymulują istniejące napięcia. To społeczeństwo jest niespra­wiedliwe, a tym samym odpowiedzialne za zbrodnie. Jeśli oskar­ża, to po to, by nie być oskarżonym, jeśli karze, to dlatego, że samo jest winne.

MIĘDZY WYRZUTAMI SUMIENIA A SMAKIEM KRWI

Spór ten można podzielić na dwa spójne zbiory idei, przeciwstawnych sobie z bezkompromisowością iście manichej- ską. Argumenty nie zawsze reprezentują ten sam poziom, zależnie od tego, czy przytacza je zwykły czytelnik kroniki wydarzeń, czy też dziennikarz, filozof lub adwokat. W gruncie rzeczy między owymi dwoma stanowiskami w kwestii prawa do karania po­zostaje jedynie wahanie tych, którzy, jak to określa się w sonda­żach, nie mają na ten temat wyrobionego zdania.Pierwsze stanowisko potwierdza prawo, obowiązek, wolę ka­rania. Oczywiście, społeczeństwo ma prawo karać. Każde przestęp­stwo narusza więź społeczną; zbiorowość przeczyłaby samej so­bie, gdyby nie zastosowała przeciw temu naruszeniu odpowied­nich sankcji. Kara świadczy o tym, że grupa społeczna jest zja­wiskiem realnym i solidaryzuje się z ofiarą. Społeczeństwo zbu­dowane jest na tej właśnie potrzebie zbiorowego zapewnienia bezpieczeństwa, którego najsilniejszym wyrazem jest właśnie kara. Każdy przestępca jest jednostką społeczną i społeczeństwo powinno wobec niego kierować się własnym uznaniem. Im bar­dziej wzrasta przestępczość, tym silniej społeczeństwo, zagrożona w swym istnieniu, powinno manifestować swoje słuszne prawo: gdy chodzi o ochronę ludności — „cel uświęca środki”.

DZIWNE PRAWO KARANIA

Czy społeczeństwo ma prawo karać? Według panujących po­glądów — nie. Lud jednak to prawo potwierdza.Na ten temat każdy ma swój pogląd, którego broni. Stąd ilość wzbudzanych polemik. Problem przemocy wykracza po prostu poza tradycyjne ramy. Dotyczy każdego z nas albo jako ofiary, albo jako świadka, albo też jako sędziego, a przede wszystkim jako członka społeczeństwa, które poważnie obwinia sam fakt istnienia zbrodni i związanej z nią kary.Istnienie sporu samo w sobie jest faktem doniosłym i stosun­kowo nowym. Wieki całe nie poruszano tej sprawy. Sokrates, broniąc swej niewinności przed trybunałem Ateńczyków, nie po­dawał w wątpliwość kompetencji swych sędziów. Pewne pytania zaczynały dawać o sobie znać w XIX wieku wraz z pojawieniem się kontestacji dotyczących zależności społecznych: od ńiomentu, gdy społeczeństwo przestało wydawać się czymś z góry określo­nym, a zaczęło być rozumiane jako bardziej lub mniej udane dzie­ło sztuki, lub rozumu, od chwili, w której ogłoszono śmierć Boga. „Myśliciele” w większości są jak bogowie Giraudoux: „Żałują cho­rych. Nienawidzą złych. Zapominają tylko leczyć i karać” .

ŚRODEK ZAPOBIEGAWCZY

Czujność, będąc najpoważniejszym środkiem zapobiegawczym, nie wyklucza jednak surowości. Zapobieganie jest procesem dłu­gotrwałym, wymagającym zmiany sposobów bycia i wzajemnego wzmocnienia znaczenia wolności i poczucia odpowiedzialności. Karanie daje natychmiastowy skutek, represja jest więc naj­prostszą z prewencji. Weźmy sobie do serca sprawę zapobiegania, lecz niech nie odbiera to nam koniecznej odwagi karania.Zastanawiające, że pojęcie prewencji otoczone jest taką przychylnością, gdy tymczasem pojęcie represji taką niełaską.W państwach o ustroju demokratycznym pojęcie represji jest nierozłącznie związane z respektowaniem praw człowieka. Re­presja następuje po dokonaniu przestępstwa i w wyniku dro­biazgowo i kontradyktoryjnie przeprowadzonej procedury. Re­presja w stosunku do prewencji ma się tak jak kontrola finanso­wa a posteriori do kontroli finansowej a priori. Samowolę zmu­sza do odwrotu i powoduje postęp prawa. Zwiększa odpowiedzial­ność indywidualną i każdemu gwarantuje wolność. Lecz jakże te uwagi są dalekie od dominujących poglądów!

OBYWATEL, WSPÓŁOBYWATEL

Oczywiście inicjatywa należy do państwa, lecz jego działanie będzie skuteczne tylko wtedy, gdy obudzi się świado­mość obywatelska. W jaki sposób państwo ma przemówić do dusz? Działalność, która nie znajdzie oddźwięku, ryzykuje, że zwróci się przeciwko samej sobie, tak jak to się stało w Serendip, legendarnym protoplaście Cejlonu, gdzie według Walpole’a, każde działanie doprowadzało do rezultatu odwrotnego do zamierzo­nego. Czujność jest sprawą nas wszystkich. Społeczeństwo powinno móc liczyć na samokontrolę praktykowaną przez wszystkich jego członków. Każdy powinien uczestniczyć w walce: rola obywatela nie jest inna od roli współobywatela. W Kanadzie mieszkańcy pewnego miasteczka chcąc pomóc policji sami pilnowali poszczególnych rejonów i dzięki temu do­prowadzili do zwiększenia liczby aresztowań o 20%. To nie było polowanie na ludzi, lecz wprost przeciwnie: czujność ta zmniej­szyła liczbę przypadków samowolnego uciekania się do obrony koniecznej lub do samoobrony.

OBRONA WARTOŚCI

Jak bronić wartości społeczeństwa nie zaprzeczając im? Jak zgromadzić obywateli, unikając jednocześnie tego, by czyjś gwałtowny sposób bycia nie spowodował kataklizmu prze­mocy? „Stara Francja, przytłoczona historią, umęczona wojnami i rewolucjami, wciąż przechodząca od wielkości do schyłku, lecz dźwigająca się ze stulecia na stulecie dzięki duchowi odnowy”. Dźwiganie się, odnowa — nie należy tych pojęć oddzielać od siebie.Obranie, jako jedynej, drogi represji i autorytetu zaprowadzi do zredukowania wolności osobistych pod pretekstem lepszej ich obrony, do zastąpienia przemocy przestępczej przemocą zalega­lizowaną. Byłoby to sprzecznością nie do przyjęcia.Przemoc przez chwilę zbiła nas z tropu. Nie przeskakujmy na drugą stronę konia, próbując ponownie go dosiąść. Spróbujmy raczej pozostać w siodle. Stwierdzone zachwianie nie zostanie zrównoważone zachwianiem w przeciwną stronę. Tylko dynami­czny wysiłek odnowi nasze społeczeństwo. Najlepsza prewencja polega na przywróceniu obywatelom poczucia odpowiedzialności, zwróceniu im wiary w przyszłość i zwalczeniu strachu.

WIĘKSZE OGRANICZENIA

Aby zmienić ten stan rzeczy, nieustannie wprowadza się coraz większe ograniczenia. Kontroluje się więc poziom alko­holu we krwi, zmusza do zapinania pasów bezpieczeństwa w sa­mochodzie, poddaje inicjatywy obowiązkowi zatwierdzenia. Co nie przeszkadza, że społeczeństwo nasze stało się toleran­cyjne. Jest więc tolerancyjne, jeśli chodzi o osobiste zachowania się. W miarę jak prawo wprowadzało coraz więcej ograniczeń, nasze obyczaje stawały się coraz luźniejsze. Kontrola funkcjona­riusza jest wszechobecna, lecz spojrzenie sąsiada już nie krępuje, sumienie jeszcze mniej, nie mówiąc o Bogu. Życie zbiorowe jest coraz silniej brane w ryzy, natomiast życie osobiste jest coraz bardziej aspołeczne. Potwierdzenie się osobowości jednostki ry­walizuje z interesem ogólnym, gdyż oderwane jest od pojęcia odpowiedzialności zbiorowej. Równowaga ulega zachwianiu. Re­wolta 1968 roku jest dziwnym przykładem tego niezaspokojonego pragnienia odnowienia świadomości zbiorowej, skojarzonego ze świętem, lecz idącego w parze ze wzmożonym triumfem indywi­dualizmu i odrzucenia wszelkiego przymusu. Strajk generalny działa jak mit, w którym gwałtownie objawia się płomienna żą­dza naturalnej solidarności. Grozi więc nam sytuacja, w której jedynym sposobem odnalezienia sensu odpowiedzialności zbioro­wej będzie eksplozja przemocy.

KLASYCZNA PRZEMOC

Czy trzeba szukać aż tak daleko? Zrodzona z poczucia honoru wolność zawsze we Francji związana była z patriotyzmem. Za­dziwilibyśmy ochotników roku Drugiego  lub Francuzów z 1910 roku, czyniąc różnice między ich poczuciem wolności a ich kul­tem ojczyzny. Z tego związku pozostała nam Marsylianka. Czy uczą jej jeszcze w szkołach?Klasyczna przemoc powstała pod wpływem brutalności warunków życia. Obecna — wywodzi się z pęknięcia istniejącego w nas samych, z przepaści między jednostką a społeczeństwem, która nie jest niczym innym jak luką istniejącą w nas sa­mych, między naszym j a społecznym a naszym j a indywi­dualnym.Wynikają z tego paradoksalne konsekwencje. Nasze społe­czeństwo wydaje się być tolerancyjne. W rzeczywistości zaś po­większając liczbę narzucanych ograniczeń, straciło poczucie wspólnoty, które przekształciłoby ledwie znoszony przymus w akceptowaną dyscyplinę.Nagle staliśmy się odpowiedzialni za całe życie społeczne, które stało się źródłem frustracji i irytacji. Nie dzieje się z nim zbyt dobrze?