KARANIE WYNIKA Z PRAWA

Bogu dzięki, nie wszyscy po­chodzący ze środowisk zaniedbanych są przestępcami: wprost przeciwnie, większość uczciwie walczy o to, by się „wydźwignąć”. I nie wszyscy przestępcy wywodzą się z tego rodzaju śro­dowiska. I jeśli prawdą jest, że wszyscy ludzie nie są sobie rów­ni wobec pokusy popełnienia przestępstwa, to jednak przestępca w momencie dokonywania wyboru pozostaje jedynym odpowie­dzialnym za swój czyn.Tak więc karanie dzisiaj nie wynika z prawa, które społe­czeństwo miałoby w stosunku do swych członków, ślepo podpo­rządkowanych jego zasadom, ani też z krwiożerczych zamiłowań państwa-ciemięzcy. Karanie stało się szczególnym przypadkiem naszego wspólnego obowiązku przyjęcia do wiadomości sprawy odpowiedzialności indywidualnej w wolnym społeczeństwie, sam winny zaś w rezultacie na tym zyskał, będąc traktowanym jak pełnoprawny członek społeczeństwa. I tylko tą drogą, odnajdując pełnię swego człowieczeństwa będzie mógł dążyć do takiego włączenia się do społeczeństwa, które nie będzie włączeniem się do świata przestępczego.

W BŁĘDNYM KOLE

Prawo wglądu ogółu do spraw każdego z nas, skrupulatnie powtarzane rytuały, poszanowanie obyczajowości przodków, śle­pe oddanie wspólnocie — to wartości, które zanikły. Jednostka tyle zyskuje na niezależności, ile społeczeństwo traci na zwar­tości. Czy potrafi ona podołać tej nowej odpowiedzialności? Oto jest pytanie. Społeczeństwo prawdziwie wolne może istnieć je­dynie wtedy, gdy każdy z jego członków czuje się odpowiedzial­ny. A jeśli każdy jest odpowiedzialny, musi ponosić konsekwen­cje swoich czynów aż do kary włącznie, gdy zajdzie taka ko­nieczność. Jest paradoksem, że w społeczeństwach, w których wolność ograniczono poprzez tak silny nadzór zbiorowy, iż zbrod­nia prawie powinna być przebaczana jako błąd systemu, karanie było prawem akceptowanym przez wszystkich. A w naszym spo­łeczeństwie, w którym każdy postępuje bez przymusu, chce się znaleźć usprawiedliwienie dla tego, który łamiąc zakazy, staje się przestępcą. Można bowiem określić psychologiczne i socjologiczne czyn­niki faworyzujące przestępczość, natomiast nie można znaleźć uzasadnienia dla samego czynu.

OSIĄGNIĘCIE CELÓW

Przykładność, odstraszenie, rehabilitacja — można w nieskoń­czoność dyskutować na temat dróg i sposobów prowadzących do osiągnięcia tych celów. Tymczasem więzienia wchłaniają i wy­puszczają kolejne roczniki więźniów. Rezultat zaś nie jest prze­konywający ani jeśli chodzi o wskaźniki przestępczości, ani też jeśli chodzi o los samych przestępców. Gdzie więc celowość ca­łego działania? Tego rodzaju wątpliwość nęka sumienie wymiaru sprawie­dliwości, drąży zaufanie społeczeństwa zarówno do wymiaru spra­wiedliwości jak i do samego siebie. W takich właśnie warunkach rodzi się spór, którego jesteśmy stronami. Jedni bez specjalnego zastanowienia godzą się na czystą i prostą represję, tę wymie­rzaną na oślep. Inni angażują się w utopię, są bliscy podania w wątpliwość istnienia jakiejkolwiek indywidualnej winy; cał­kowicie odwracając wpływ roli społecznej, właśnie społeczeństwo traktują jako źródło wszelkiej zbrodni, a nie źródło sprawiedli­wości. Czyżbyśmy więc znaleźli się w błędnym kole? By z nie­go wybrnąć, trzeba uchwycić nić wolności i spróbować ją rozplątać.

W LAICKIM SPOŁECZEŃSTWIE

Dzisiaj w naszych laickich społeczeństwach naruszenie „prawa powszechnego” traktowane jest jako zwykłe naruszenie prawa. Tymczasem raz odbrązowiona zbrodnia również i karę pozbawi jej sakralnego charakteru. Traktować się ją będzie użytko­wo — jako „przykład”, „odstraszenie”, wręcz coś, co daje później i możliwość rehabilitacji.Jednocześnie straci się z pola widzenia główną i stałą podstawę kary: przywrócenie społeczeństwu dawnej jego zwartości zburzonej przez okrucieństwo zbrodni. Zapomni się, że przy wy­mierzaniu kary nie tyle chodzi o przestępcę, co o tych wszystkich, którzy przestępcami nie są, a którzy łącząc się w potępieniu zbro- 1 dni i zbrodniarza, na nowo odzyskują swą wolę, by żyć razem.  Poza tym terenem prawo karania staje się mniej oczywiste, j a w rzeczy samej wątpliwe. Rozpływa się w niepokojącym po- j czuciu niejasnej współodpowiedzialności w stosunku do zbrodni, ] której ktoś był prawie przypadkowym narzędziem, ale którą wszyscy mogliśmy popełnić i którą w pewnej mierze popeł- ; niliśmy. Ulega zawężeniu do płaszczyzny dotyczącej jedynie sa­mego skazanego, a jest to teren nader śliski.

UTRATA ŚWIĘTOŚCI

Sądzono, iż wytłumaczeniem dla takiego złagodzenia kar było jednoczesne złagodzenie obyczajów, ustępowanie nieokrzesania, rozwój humanitarnych uczuć. Nie jest to jednak tak oczywiste. Durkheim zauważył, że tego rodzaju wytłumaczenie zawierało w sobie pewną sprzeczność: okrucieństwo przemocy winno do­prowadzić raczej do bardziej surowego karania. Prawdziwe wy­tłumaczenie leży w pomniejszeniu społecznej wagi wykroczenia, a ściślej w osłabieniu więzi społecznej.Durkheim rozróżniał przestępczość ludzką, mającą miejsce wtedy, gdy człowiek występuje przeciwko człowiekowi, i    przestępczość religijną, gdy występuje on przeciwko in­stytucjom, zbiorowości ludzkiej, władzy. W społeczeństwie „re­ligijnym” ten drugi rodzaj przestępczości wchłonął pierwszy: okradzenie lub zabicie człowieka oznacza złamanie praw boskich. Dziś tego rodzaju miarę stosujemy do zbrodni wykraczającej poza ramy „prawa powszechnego”, zbrodni uderzającej w byt samego społeczeństwa. Po zamachu w Bolonii w sierpniu 1980 roku, zamachu w Monachium we wrześniu i zamachu w paź­dzierniku w Paryżu na synagogę przy ulicy Kopernika obywatele włoscy, niemieccy i francuscy jednoczyli się w świętej niena­wiści do tych, którzy uderzyli ich w samo serce, i gwałtownie domagali się, by ukarano zamachowców szybko i surowo.

SPRZECZNOŚCI WRAŻLIWOŚCI

Można nawet za Durkheimem powiedzieć, że im odpowiedzial­ność bardziej stawała się sprawą indywidualną, tym wymierza­nie sprawiedliwości bardziej stawało się sprawą ogółu. To już nie klan karze inny klan za błąd popełniony przez jednostkę, która w rezultacie nie liczy się. To społeczeństwo, uosobienie zbiorowości ludzkiej, skazuje tego określonego. Tak więc siła społeczna stojąca za każdym indywidualnym skazaniem zachowała, i to przez długi czas, całą swą surowość. Jawność tortur temu tylko służyła. Powstaje niekiedy pytanie, dlaczego okrucieństwo kar nie działało bardziej odstraszająco. W rzeczywistości ponure święto publicznej kaźni miało raczej wstrząsnąć widzami niż potencjalnymi kryminalistami. Będąc ry­tuałem pojednania poprzez wskazywanie, gdzie jest dobro, a gdzie zło, zapewniało trwanie organizmowi społecznemu. Było rodza­jem publicznego egzorcyzmowania przemocy. W końcu XVIII i na początku XIX wieku kara łagod­nieje i ulega utajeniu. Staje się dla systemu sądowego jakby czymś wstydliwym. Ogłoszenie wyroku pozostaje uroczyste i tym bardziej jawne, że wyrażone w imieniu ludu, a od czasów Rewo­lucji przez sam lud, jeśli chodzi o zbrodnię. Natomiast samo wy­konanie wyroku otoczone jest tajemnicą: zostaje ono oddzielone od sądownictwa, które jego wykonanie przerzuca na barki auto­nomicznej biurokracji penitencjarnej.

PRZYKŁAD FUNKCJONOWANIA

To, co bez wątpienia jest najbardziej uderzające, gdy obser­wuje się społeczność pierwotną, to zbiorowy charakter winy i ka­ry. Na przykład Czukczowie, chcąc uniknąć wendety, poświęcają członka swej rodziny. Osobą złożoną w ofierze nie jest winny, W ten sposób lepiej zabezpieczają się przed serią zemst: wy­przedzają wszelkie tego rodzaju działania, oferując przeciwnikom ofiarę, której osobista niewinność stanowi zadośćuczynienie za zbiorową winę rodziny. W Starym Testamencie poprzestaje się na koźle ofiarnym, który wypędzony na pustynię ginie, by od­pokutować za winy ludzi. Mamy tu przykład funkcjonowania społeczeństwa na etapie jego powstawania. Pojawienie się indywidualnych zasad moral­nych doprowadziło do personifikacji zarówno winy, jak i kary. Spowodowało to zmianę norm prawa dotyczącego karania, nato­miast same przyczyny kary pozostały niezmienione. Kara spadała na tego, kto złamał obyczaj lub prawo, i tylko na niego, lecz ka­rzące ramię sprawiedliwości pozostawało ramieniem całego spo­łeczeństwa.

POSZUKIWANIE ŚRODKÓW

W poszukiwaniu środków zapewniających integralność orga­nizmu społecznego ludziom nigdy nie brakowało wyobraźni. Często można było stwierdzić, że czyn w jednym miejscu nagra­dzany, gdzie indziej był karany. „Prawda z tej strony Pirenejów jest błędem z tamtej ich strony” — pisał Pascal. Rzeczywiście, niewiele jest groźnych przestępstw, które by nie były kiedyś lub gdzieś — gloryfikowane. Stopień i charakter kary również ulega zmianom. To zaś, co jest uniwersalne, nierozłącznie związane z życiem w społeczeństwie, to troska o zapobieganie łamaniu pra­wa i zażegnanie związanych z tym zgubnych skutków.Przez wieki całe prawo karania spotykało się z mniej­szym sprzeciwem, gdyż opierało się na religii. Z braku prawa pisanego, z braku laickich zasad zarówno polityczna, jak i mo­ralna sankcja była również i przede wszystkim sankcją religijną.Wymiar sprawiedliwości jest jedynie jednym z elementów całego wachlarza rytuałów mających na celu ochronę zbioro­wości ludzkiej. Jest z nimi nierozłącznie związany, a więc sam również opiera się na podstawowym rytuale zapobiegawczym, jakim jest składanie ofiary. Jest to sposób na uniknięcie spirali przemocy i zintegrowanie grupy.

GDY POPEŁNIONE JEST PRZESTĘPSTWO

Prawo do karania ma bardziej złożony rodowód i pochodzi nie stąd, że zbrodnia jest łamaniem prawa, lecz że podważa ona samą podstawę społeczeństwa, będącą zbiorem wspólnych zasad życia.Nie wynika ono również z tego, że przestępstwo jest krzywdą wyrządzoną jakiejś osobie, lecz że każde przestępstwo jest szko­dą wyrządzoną całej społeczności, tak jak uszkodzenie jakiegoś organu zagraża całemu ciału.Kiedy popełnione zostaje przestępstwo, to przede wszystkim uderza ono w samą ofiarę, lecz następnie całe społeczeństwo po­woli zaczyna być zagrożone rozkładem. Barbarzyństwa od cywili­zacji nie odróżnia się dzięki porównywaniu poziomów rozwoju ekonomicznego czy też sposobu życia ludności, lecz poprzez analizę stopnia rozwoju prawa.Dlatego przestępca stawiający siebie ponad prawem stanowi problem, nad którym nie można przejść do porządku: problem biologicznej egzystencji grupy. Nie chodzi już o litowanie się nad ofiarą i udzielanie jej zadośćuczynienia ani o moralne po­tępienie winnego. Chodzi o odtworzenie więzi praworządności i    solidarności zerwanej przez akt przemocy. Państwo karze, by pozostać państwem. Karze, by zachować prawo określania wol­ności, reguł, granic, zabezpieczeń. Karze po to, by wskazać, co jest, a co nie jest dozwolone.

ŹRÓDŁA PRAWA KARANIA

Spo­łeczeństwo nie jest więc rodzajem umowy choćby z tego pro­stego powodu, że istniało już uprzednio, przed ewentualnymi umawiającymi się. Nie ma ludzi poza społeczeństwem. To w nim rodzi się lub umiera ich wolność. Wolność jest najdoskonalszą formą społecznej egzystencji, umacnianie zaś w jednostkach po­jęcia społeczeństwa stanowi przeciwwagę dla totalitarnych de­wiacji całej zbiorowości ludzkiej. Jakiś człowiek okrada innego. Korzysta więc ze swej wol­ności, lecz narusza prawo. Może twierdzić, że nie uznaje go, nie on je ustanowił. Takie odrzucenie prawa to również forma ko­rzystania ze swej wolności.Czy uznawanie prawa do takiej wolności odbiera społeczności ludzi wolnych prawo do karania? A jeśli nie, to dlaczego? Nie chodzi o to, że „prawo jest prawem”, czy też o to, że większość członków społeczeństwa uważa je za obowiązujące i wymaga stosowania go również wobec tych, którzy je negują: nie byłoby to nic innego jak stworzenie prawnej osłony dla zwyk­łego prawa większości (nawet gdy większość ta tworzy ąuasi- -jednomyślność).